Wiola (Moto_Czort) i Arek (Arko Lord) na urlopie w Słowenii na Voge 900

Opublikowano: 24 czerwca 2026

Wiola (Moto_Czort) i Arek (Arko Lord) postanowili tegoroczny, krótki urlop spędzić w Słowenii. Kraj, który wielu motocyklistów mija w drodze na południe Europy, tym razem stał się głównym celem wyprawy 🏍🗺

I stało się. W tym roku postanowiliśmy nasz pierwszy, krótszy urlop poświecić na eksplorację Słowenii. Niedoceniana i traktowana jako tranzyt, w końcu stała się celem samym w sobie. Mała kraina z pięknymi miejscami…

28 maja po pracy rozpoczęliśmy nową przygodę. Chcieliśmy zrobić chociaż 300 km przed zmierzchem, żeby dotrzeć do granicy Polski i Słowacji. W piątek mieliśmy już ułatwione zadanie i po całodniowej podróży poprzez Słowację, Węgry i Austrię ok godziny 20 wylądowaliśmy na kempingu nad jeziorem Blaguš. Rozbijamy namiot, zamawiamy śniadanko na rano i odpoczywamy. Bo to tylko przejściowy przystanek, ale już w kraju docelowym.

Po wspaniałym śniadaniu, złożonym z lokalnych produktów wyruszyliśmy dalej. Pogoda dopisuje więc kilometry znikają w tempie zastraszającym. Plan zakładał dojazd na kamping nad słynnym jeziorem Bled, na miejscu okazało się, że jest duże obłożenie i musimy zmienić plany. Jednak nie ma tego złego i po godzinie 17 meldujemy się na innym kampingu, nad jeziorem Bohińskim. Jak się później okazało był to świetny, choć nietypowy wybór. Dlaczego? Ponieważ kamping mieści się w lesie, nad brzegiem jeziora, otoczony górami. Widoki o poranku bezcenne. Miejsce to stało się naszą bazą wypadową do eksploracji. A, że pogoda była momentami kapryśna, więc miejscówki do odwiedzenia wybieraliśmy według radaru pogodowego. I tak na 1 strzał wybraliśmy ciekawą, krętą trasę, która zahaczała nawet o Włochy by zobaczyć taras widokowy, ruiny historycznego fortu oraz haubice nad jeziorem Predil. Droga powrotna wzdłuż rzeki malowniczej Soczy i przystanek przy słynnej mamuciej skoczni w Planicy. Do Planicy wrócimy jeszcze innego dnia, ponieważ słońce krzyżowało plany zrobienia ładnych zdjęć. A takie obiecaliśmy naszemu Koledze Andrzejowi. I Powrót na kamping. Kolejnego dnia skierowaliśmy się w kierunku wąwozu Vintgar, następnie włoski wodospad Goriuda. Nieco wymagające, strome podejście do wodospadu ale widoki warte każdego poświęcenia. I znów powrót na kamping wzdłuż rzeki Soczy z wieloma mostami po trasie, wodospadem Kozjak, malowniczymi górami i zakrętami. Kolejnego dnia pożegnaliśmy nasz kamping i  postanowiliśmy  wrócić do miejsca, które nas zachwyciło podczas jednego z wcześniejszych przejazdów…Wodospad Boka. Jak się okazało było to jedno z niewielu miejsc w których można latać dronem. Choć zakłócenia są duże to udało się nakręcić kilka ujęć wodospadu. W drodze powrotnej wjechaliśmy wspaniałymi krętymi drogami na  przełęcz Vršič. Urzekające widoki, brak korków spowodowany dosyć wczesnym terminem urlopowym pozwalało nam cieszyć się pięknymi widokami. Obawialiśmy się jednak, że w drodze powrotnej złapie nas deszcz. Zatrzymaliśmy się na obiad, żeby nabrać sił. Stało się jednak odwrotnie…zupełnie z tych sił opadliśmy i w związku z tym, że miejscówka w której się zatrzymaliśmy oferuje również noclegi…decyzja była szybka…zostajemy. Tak wiec ok godziny 16 zdjęliśmy bagaże z naszych dzielnych motocykli. Szybka decyzja okazała się jedyną słuszną. Ponieważ chwilę później zaczął padać deszcz. Padało do dnia następnego, niemal do południa ale widoki, które zafundowała nam pogoda, czyli mgła unosząca się nad górami, na zawsze zagości w naszej pamięci. W dalszą drogę ruszyliśmy koło południa. A, że bezskutecznie robiliśmy 3-krotne podejście do drogi na Mangart, postanowiliśmy zaszaleć i ruszyliśmy w kierunku włoskich przełęczy. Naszym celem stała się przełęcz Stelvio. A, że po drodze można było decydować czy skręcamy w prawo na jedną czy w lewo na inną przełęcz, to odwiedziliśmy ich po drodze przynajmniej 7. We czwartek wieczorem zameldowaliśmy się na kampingu u stóp Stelvio. Pogoda wskazywała na opady deszczu w nocy, co w tamtych warunkach oznacza nic innego tylko śnieg. W nocy temperatury wokół spadły poniżej zera, natomiast nasz kamping zanotował 6 stopni na plusie. Zimna nie odczuliśmy, górskie powietrze sprawiło, że spaliśmy bardzo dobrze. Rankiem szybkie śniadanko i kawa i możemy ruszać na podbój Stelvio. Tutaj kluczowa stała się wczesna pora i aura, która wielu nie satysfakcjonuje. Dlatego mimo, deszczu na początku i śniegu w miarę dojeżdżania na szczyt cieszyliśmy się każdym zakrętem oraz widokami. Na górze zakup pamiątek i niespieszny zjazd w dół. Sam wyjazd skróciliśmy o 2 dni, ponieważ w niedzielę czekało na nas i nasze maszyny wyzwanie w postaci obstawiania imprezy IronMan. Zatem po zdobyciu Stelvio wyznaczyliśmy sobie trasę powrotną przez Szwajcarię, Austrię i Niemcy. I mimo, że to już głównie tranzyt, to i te kraje potrafią zaskoczyć widokowo.

Podsumowując…wyprawa zamknęła się w 3700 km. Tylko 2 razy nocowaliśmy w pensjonacie/hotelu. Żadnych usterek podczas podróży, nie licząc zalanych przez deszcz gniazd ładowania, ilość zużytego paliwa – tyle ile wlaliśmy do baków J, ilość zakrętów – niezliczona, ilość uśmiechów i zachwytów – nieograniczona. A ponieważ zostawiliśmy Słowenię nas z kilkoma nieodkrytymi miejscami to zapewne jeszcze tam wrócimy.